Wednesday, December 6, 2006

Namaste! cz.4 Mumbai

Z Jaipur pojechalismy do Mumbaiu. Zeby dostac sie na stacje musielismy zlapac riksze, co o 7.30 rano nie jest takie proste, bo wszystkie woza dzieci do szkoly i sa po prostu zajete. W koncu jedna znalezlismy. Chcemy umowic sie na cene i pytamy:
- 80 rupii straczy?
- nie...
- nie damy wiecej...
- nie.
- no dobra, niech bedzie 90.
- nie.
Czlowiek rano zmeczony i nie chce mu sie negocjowac no to pytamy:
- no to ile?
- 60.
(!) no dobra, jak pan taki uparty to jedziemy za 60 :D
Z Jaipuru do Mumabiu jest jakies 1000 km, troche wiecej ale nie wiem dokladnie. Jechalismy pociagiem 23 godziny. Sypialnym oczywiscie. Wzielismy sobie taki klimatyzowany i dosc wygodny. Nie wyobrazajcie sobie, ze my tu burzuje jestesmy, tak jest po prostu wygodniej i mozna sie przespac a standard pociagow nie jest taki super. To tylko tak brzmi jakos wyniosle. Po drodze przepiekne widoki. Gory, pola, palmy, drzewa, pracujace panie ubrane bardzo kolorowo. Naprawde jest na co popatrzec.
O mumbaiu slyszy sie raczej zle rzeczy. Ze ludzie tam natarczywi sa i raczej nieprzyjemni. No, fakt, jest to stolica finansowa, jest tam sporo bogatych ludzi, miasto duzo bardziej rozwiniete niz inne w tym kraju... ale z drugiej strony jak wychodzi sie z pociagu to widzi sie rzad slamsow i ten rzad ciagnie sie przez caly Mumbai. Potrafi byc tak, ze po jednej stronie ulicy jest piekny ogromny budynek gieldy a po drugiej slamsy. Widzi sie tutaj ogromna roznice w poziomach zycia.
Dzisiaj jest drugi dzien naszego pobytu dzisiaj i jak narazie jest ok. Ale wczoraj... ojojoj. Mialam ochote w pewnym momencie usiasc i sie poplakac. W tym miescie wiele okolic ma podobne nazwy. Sa jakos dofinansowywane przez bogatych ludzi i nazywane ich nazwiskami. Na przyklad i mieszkanie komitetu narodowego i ich biuro miesci sie w okolicach Godrij. Jest Godrij Soap, jest Godrij Colony i wiele innych. Do tego kazdy ma swoje wschodznie i zachodnie odpowiedniki w zaleznosci od tego po ktorej stronie torow jest. I jak sie wsiada do rikszy i mowi adres nie podajac przy tym po ktorej stronie to on wiezie do tego ktore jest dalej, zeby sobie dorobic. Tu nawet nie chodzi o kase, bo to jest kwestia kilku rupii. Ale o to, ze czlowiek nie ma pojecia gdzie jest. Nie bedziemy sie teraz rozdrabniac w opowiescie co gdzie i jak jezdzilismy. Powiem w skrocie, trase ktora zrobilismy w jakies dwie godziny gubiac przy tym znajomych moglismy zrobic w jakies pol godziny. Kosztowalo nas to wiele nerwow, szczegolnie, ze na stacji na przyklad przyczepil sie do nas jeden rikszarz i nie chcial nam dac spokoju. Najpierw trzymaj Macka za reke i nie chcial puscic, pozniej krzyczal cos za nami co sprawilo, ze wszyscy dokola sie gapili, zrobil sie taki krag dokola nas... a my tylko czekalismy na znajomych i chcielismy do nich z budki zadzwonic. Ech, bylo minelo. Mysle, ze po prostu musielismy cos takiego przezyc i ze to wlasnie o to chodzi kiedy ktos opowiada, ze Mumbai jest nieprzyjemny. Ach! I jeszcze jedno. Maciek mial maly wypadek. Nic mu sie na szczescie nie stalo. Chcielismy przejechac z jednego miejsca na drugie kolejka. Ja zostalam jakos wepchnieta do wagony dla pan, Macka tam nie wpusclili, wsiadl obok. Okazalo sie, ze jedziemy w druga strone. Jak kolejka dojezdzala to peronu chcial szybko wysiasc i mi powiedziec, zebym ja zdarzyla, bo kolejki kilkanascie sekund stoja i po prostu odjezdzaja. No i sie wywrocil. Od razy kilku Hindusow go odciagnelo, zeby przypadkiem pociag mu nic nie zrobil. No, wiec w sumie nic wielkiego sie nie stalo ale strachu sie najedlismy... jej... a to jeszcze nie koniec dnia.
Wieczorem odbywalo sie spotkanie z partnerami, sponsorami AIESEC India. Mielismy na nie pojsc ale oczywiscie nie mielismy nic ze soba do ubrania takiego formalnego... no to po zakupy! W pol godziny kupilismy spodnice i buty dla mnie oraz buty, koszule i spodnie dla Macka. I wydalismy jakies 250 zeta na to. No, niespodziewane wydatki ale za to w Polsce jakby nam sie cos takiego przydazylo to bysmy musieli zaplacic duzo wiecej. Poszlismy. I to byla nagroda za caly dzien. Co prawda najpierw pojechalismy pod Taj Hotel zamiast pod Taj President Hotel, ale takie pomylki to juz nic dla nas. Taka norma. A na miejscu... klimatyzowana sala (bo na dworzu to upal niezly jest i zaduch...), woda, winko, pyszne jedzenie. Maciek nawiazal kilka ciekawych kontaktow, ktore pewnie mu sie przydadza. Poznalismy wielu ciekawych ludzi i w ogole bylo baaaardzo sympatycznie. A!!!! No i Abhinav tam byl! Pracowalam z nim jak bylam w radzie. Wow, ostatnio go widzialam ponad rok temu. Fajnie jest tak spotkac kogos po dluzszym czasie.
A dzisiaj? Dzisiaj Maciek pracuje, ja pisze Wam co sie z nami dzieje a pozniej sie pewnie gdzies razem wybierzemy. Mieszkamy u Oriany, dziewczyny z Kolumbii, ktora ma tutaj praktyke.
Za jakies dwa dni wybieramy sie do Chandigarh i do Daramsali. Zapowiada sie ciekawie.
Genralnie jestemy bardzo zadowoleni i jest super!!

0 comments: