Tuesday, December 12, 2006

Namaste! cz.6 Dharamsala

I tak po 27 godzinnej podrozy pociagiem, 5-godzinnej przerwie w srodku nocy w poczekalni ze szczurkami, znowu czterogodzinnej jazdy pociagiem w ogromnym scisku i jeszcze na koniec 7-godzinnej jezdzie autobusem dosc nieprzyjemnym dotarlismy do Dharamsali :) no dobra, nie bylo tak zle. Przed tym ostatnim autobusem bylismy w Chandigarth u kolezanki od rana do wieczora. Musze przyznac, ze to byla bardzo przyjemna przerwa. Harveen zabrala nas do Skalnego Ogrodu i nad jeziorko. Do tego zjedlismy przepyszny obiadek u niej w domku razem z cala rodzinka. Zwazajac na to, ze to rodzinka Sikhow to bylo to niezwykle przezycie.
No i Dharamsala. Zimno tu jak cholera, nawet grad padal. Zlapal nas jak poszlismy w gory, daleko nie zaszlismy... wzielismy riksze, zeby szybciej byc w domku. A ona wycieraczek nie miala :D my to mamy szczescie. Kierowca co chwile wysiadal i czyscil szybe :D
I wiecie co? Najwiekszy szok kulturowy przezylismy wlasnie w tych dwoch miejscach... a czemu? Bo tu jest spokojnie. NIe gapi sie na nas tysiace oczu, nie zaczepia nas nikt na kazdym kroku. Po prostu jest spokojnie... i tak pieknie :)
No i jeszcze cos sie wydarzylo :)
Koncze, bo malo czasu mam niestety. Wszystko opowiemy po powrocie. Wracamy w czwartek o 18, czyli juz niedlugo. Nie moge uwiezyc, ze tak szybko ten czas minal.
Buziaki i znikamy :*

Friday, December 8, 2006

Namaste! cz.5 znikamy na jakis czas

Za 3 godzinki wsiadamy w pociag i bedziemy nim jechac jakas dobe. Pozniej jeszcze przesiadka i kilka godzin jazdy i bedziemy w Chandigarh a pozniej Daramsali - miejscu pobytu dalajlamy. Bedziemy tam chodzic po gorach ;) i pewnie nie bedziemy mieli dostepu do komputera ale obiecujemy zrobic duzo zdjec i pozniej Wam pokazac. No to znikamy na jakis czas. Do zobaczonka :*
J.ustka i Maciek

Thursday, December 7, 2006

zdjecia

Yeah!!!!!!!! Udalo sie :) nieduzo ale zawsze cos :)

zapraszam na

www.picasaweb.google.com/justyna.drozdowska

Wednesday, December 6, 2006

Namaste! cz.4 Mumbai

Z Jaipur pojechalismy do Mumbaiu. Zeby dostac sie na stacje musielismy zlapac riksze, co o 7.30 rano nie jest takie proste, bo wszystkie woza dzieci do szkoly i sa po prostu zajete. W koncu jedna znalezlismy. Chcemy umowic sie na cene i pytamy:
- 80 rupii straczy?
- nie...
- nie damy wiecej...
- nie.
- no dobra, niech bedzie 90.
- nie.
Czlowiek rano zmeczony i nie chce mu sie negocjowac no to pytamy:
- no to ile?
- 60.
(!) no dobra, jak pan taki uparty to jedziemy za 60 :D
Z Jaipuru do Mumabiu jest jakies 1000 km, troche wiecej ale nie wiem dokladnie. Jechalismy pociagiem 23 godziny. Sypialnym oczywiscie. Wzielismy sobie taki klimatyzowany i dosc wygodny. Nie wyobrazajcie sobie, ze my tu burzuje jestesmy, tak jest po prostu wygodniej i mozna sie przespac a standard pociagow nie jest taki super. To tylko tak brzmi jakos wyniosle. Po drodze przepiekne widoki. Gory, pola, palmy, drzewa, pracujace panie ubrane bardzo kolorowo. Naprawde jest na co popatrzec.
O mumbaiu slyszy sie raczej zle rzeczy. Ze ludzie tam natarczywi sa i raczej nieprzyjemni. No, fakt, jest to stolica finansowa, jest tam sporo bogatych ludzi, miasto duzo bardziej rozwiniete niz inne w tym kraju... ale z drugiej strony jak wychodzi sie z pociagu to widzi sie rzad slamsow i ten rzad ciagnie sie przez caly Mumbai. Potrafi byc tak, ze po jednej stronie ulicy jest piekny ogromny budynek gieldy a po drugiej slamsy. Widzi sie tutaj ogromna roznice w poziomach zycia.
Dzisiaj jest drugi dzien naszego pobytu dzisiaj i jak narazie jest ok. Ale wczoraj... ojojoj. Mialam ochote w pewnym momencie usiasc i sie poplakac. W tym miescie wiele okolic ma podobne nazwy. Sa jakos dofinansowywane przez bogatych ludzi i nazywane ich nazwiskami. Na przyklad i mieszkanie komitetu narodowego i ich biuro miesci sie w okolicach Godrij. Jest Godrij Soap, jest Godrij Colony i wiele innych. Do tego kazdy ma swoje wschodznie i zachodnie odpowiedniki w zaleznosci od tego po ktorej stronie torow jest. I jak sie wsiada do rikszy i mowi adres nie podajac przy tym po ktorej stronie to on wiezie do tego ktore jest dalej, zeby sobie dorobic. Tu nawet nie chodzi o kase, bo to jest kwestia kilku rupii. Ale o to, ze czlowiek nie ma pojecia gdzie jest. Nie bedziemy sie teraz rozdrabniac w opowiescie co gdzie i jak jezdzilismy. Powiem w skrocie, trase ktora zrobilismy w jakies dwie godziny gubiac przy tym znajomych moglismy zrobic w jakies pol godziny. Kosztowalo nas to wiele nerwow, szczegolnie, ze na stacji na przyklad przyczepil sie do nas jeden rikszarz i nie chcial nam dac spokoju. Najpierw trzymaj Macka za reke i nie chcial puscic, pozniej krzyczal cos za nami co sprawilo, ze wszyscy dokola sie gapili, zrobil sie taki krag dokola nas... a my tylko czekalismy na znajomych i chcielismy do nich z budki zadzwonic. Ech, bylo minelo. Mysle, ze po prostu musielismy cos takiego przezyc i ze to wlasnie o to chodzi kiedy ktos opowiada, ze Mumbai jest nieprzyjemny. Ach! I jeszcze jedno. Maciek mial maly wypadek. Nic mu sie na szczescie nie stalo. Chcielismy przejechac z jednego miejsca na drugie kolejka. Ja zostalam jakos wepchnieta do wagony dla pan, Macka tam nie wpusclili, wsiadl obok. Okazalo sie, ze jedziemy w druga strone. Jak kolejka dojezdzala to peronu chcial szybko wysiasc i mi powiedziec, zebym ja zdarzyla, bo kolejki kilkanascie sekund stoja i po prostu odjezdzaja. No i sie wywrocil. Od razy kilku Hindusow go odciagnelo, zeby przypadkiem pociag mu nic nie zrobil. No, wiec w sumie nic wielkiego sie nie stalo ale strachu sie najedlismy... jej... a to jeszcze nie koniec dnia.
Wieczorem odbywalo sie spotkanie z partnerami, sponsorami AIESEC India. Mielismy na nie pojsc ale oczywiscie nie mielismy nic ze soba do ubrania takiego formalnego... no to po zakupy! W pol godziny kupilismy spodnice i buty dla mnie oraz buty, koszule i spodnie dla Macka. I wydalismy jakies 250 zeta na to. No, niespodziewane wydatki ale za to w Polsce jakby nam sie cos takiego przydazylo to bysmy musieli zaplacic duzo wiecej. Poszlismy. I to byla nagroda za caly dzien. Co prawda najpierw pojechalismy pod Taj Hotel zamiast pod Taj President Hotel, ale takie pomylki to juz nic dla nas. Taka norma. A na miejscu... klimatyzowana sala (bo na dworzu to upal niezly jest i zaduch...), woda, winko, pyszne jedzenie. Maciek nawiazal kilka ciekawych kontaktow, ktore pewnie mu sie przydadza. Poznalismy wielu ciekawych ludzi i w ogole bylo baaaardzo sympatycznie. A!!!! No i Abhinav tam byl! Pracowalam z nim jak bylam w radzie. Wow, ostatnio go widzialam ponad rok temu. Fajnie jest tak spotkac kogos po dluzszym czasie.
A dzisiaj? Dzisiaj Maciek pracuje, ja pisze Wam co sie z nami dzieje a pozniej sie pewnie gdzies razem wybierzemy. Mieszkamy u Oriany, dziewczyny z Kolumbii, ktora ma tutaj praktyke.
Za jakies dwa dni wybieramy sie do Chandigarh i do Daramsali. Zapowiada sie ciekawie.
Genralnie jestemy bardzo zadowoleni i jest super!!

Namaste! cz.3 Jaipur

Ha! Trafilismy w koncu do Jaipuru! Nocleg mielismy zapewniony u Hetel - bardzo sympatycznej dziewczyny, ktora poznalismy na konferencji. No ale jak to zwykle bywa natknelismy sie na male problemy... Hetel przyjechala do nas do Agry i zostalo kilka godzin dluzej niz planowala. Rodzice sie bardzo zdenerwowali wiec stwierdzilismy, ze nie bedziemy jej zawracac glowy. Kara dla Hetel miala byc rezygnacja z pracy w organizacji oraz slub za dwa miesiace... Rodzice na szczescie zmienili zdanie kiedy Hetel okazala skruche i obiecala wiecej sie nie spozniac. Ech... Dla nas pokoj zaczal zalatwiac ktos inny. Trafilismy w troche odlegle miejsce od centrum ale dosc przyjemne. Kiedy siedzielismy w pokoju przyszla do nas wlascicielka i jak dowiedziala sie, ze jestesmy z Polski to sie usmiechnela i stwierdzila, ze w takim razie powinnismy znac Abisheka... Tak!! Maciek mieszkal z nim przez dwa miesiace w rozowym domku. Abi pracowal w zeszlym roku w komitecie narodowym. Ale czad! Nie ma to jak zbieg okolicznosci!
Spedzilismy w Jaipurze poltora dnia. Caly dzien zwiedzalismy. Zakochalam sie w tym miescie. Najbardziej zauroczyl mnie fort Amber oddalony o 10 km. Poza tym Wieza Wiatrow, z ktorej kiedys kobiety mogly obserwowac ludzi przez male okienka. No i cale miasto ogolnie. Wszystkie budynki w centrum pomalowane sa na rozowo... pomalowali je wiele lat temu z okazji przyjazdu ksiecia Alberta. Hmm, u nas malowalo sie trawe na zielono a u nich budynki na rozowo.
Pod koniec dnia poszlismy na bazar. Chcielismy sie troche obkupic, a ze biali jestesmy to wszyscy na nas zwracali uwage i wciagali do sowich stoisk, zeby pokazac co maja. No i zeby nas naciagnac :D I tu skladam hold Maciejowi S. ktory tak latwo sie nie daje i szal, ktory chce nam sprzedawca wepchnac za 1200 rupii kupuje za 200 !!!! I robi tak w kazdym miejscu w ktorym cos kupujemy :) Ha! W miedzyczasie zahaczylismy o polecona nam restauracje i zjedlismy pyszne indyjskie dania. Mniam. A wiecie co jest najlepsze? Ze w ogole nie chorujemy. Wszyscy nas uprzedzali, ze pierwsze dni beda trudne jesli chodzi i przyzwyczajenie sie do jedzenia... a my nic. No, trzeba odpukac, bo przeciez jeszcze tydzien przed nami i wszystko sie moze zdarzyc.
Jesli chodzi o Jaipur to chyba wszystko... Zdjecia oczywiscie wrzuce. I oczywiscie nie wiem kiedy. Tym razem nie mamy ze soba Maciejowego laptopa a na nim sa wszystkie zdjecia :) heh, mam nadzieje, ze uda nam sie Wam w koncu cos pokazac :)

Sunday, December 3, 2006

uwaga

Mam male problemy z zaladowaniem zdjec. Mam nadzieje, ze do jutra sie z tym uporamy i Wam cos pokazemy.
buzka

Namaste! cz.2

W planach mieliśmy pojechanie do Jaipuru. Hmmm, niestety nie wypaliło... musieliśmy pojechać do Delhi, ponieważ Mo zabrała Maćka laptopa zostawiajac nam swojego. No coz, zdarza sie. Jak trzeba to trzeba. Wsiedlismy razem z Ankitem na dach ciezarowki i popedzilismy w strone najblizszej wioski, tam zlapalismy autobus do Delhi. Troche sie glupio czulismy, bo jako biali (i to do tego blondyni) wzbudzamy tutaj niemala sensacje :)
W Delhi bylismy dosc pozno, dlatego zdazylismy tylko cos zjesc, zamienic laptopy i pojechac do hotelu. "New City Palace" - ladna nazwa... hmmm... niemajaca nic wspolnego z palacem. Ale nieszkodzi, bo widok z okna byl cudowny - Meczet Jama Masjid.
Nastepnego dnia umowlisimy sie z Caro (dziewczyna z Niemiec), Betty (z Kenii) i Luisa (z Wielkiej Brytanii) na wspolne zwiedzanie. Pojechalismy do nich moto riksza. I tu nasza pierwsza wpadka :) trafilismy na rikszarza strasznie nachalnego i do tego nas skasowal tak ze trzy-cztery razy wiecej niz powinien... bylo minelo, teraz przynajmniej wiemy jak mamy sie targowac, zeby trafic tam gdzie chcemy za niewielkie pieniadze.
Zwiedzilismy tez Red Fort - ogromna cytadele okrazona czerwonym, wysokim murem i gleboka na 10 metrow fosa. Fort zawiera zarowno po-brytyjskie koszary jak i szereg krolewskich palacy. Mielismy niezly ubaw, bo Hindusi chcieli nam zrobic zdjecie a Maciek za kazdym razem robil zeza. Mielismy nawet wielbicieli, ktorzy chodzili za nami cala godzine az w koncu zrobilismy sobie z nimi zdjecie i sobie poszli :)
Druga wpadka (i jak do tej pory ostatnia) – pojechaliśmy na stacje kupić sobie bilety na pociągi do Agry, Jaipuru i Bombaju. Idziemy a tam nas jakiś facet przed wejściem zatrzymuje i mówi, że bez biletu nie możemy wejść… no ale jak to? No tak to, że najpierw trzeba pojechać do biura, tam sobie zarezerwować. Tam nie ma kolejek, bo to tylko dla obcokrajowców i takie tam. Po drodze rozmawialiśmy z rikszarzem. Rozmowa jak każda inna:
- Which country?
- Poland.
- Aaaa Holland. Beautiful country!
- No! Poland!
- Poland? Very good (co brzmi: weri gut). What are you doing in India?
- Working in Jaipur with little children. (generalnie lepiej jest mówić, że coś się robi w Indiach)
- Working? Very good. Jaipur. Very nice. Where are you going now?
- Agra.
- Aaaa Agra. Very very nice Taj Mahal. Very good you go to Agra. And later?
- Mumbai.
- Aaaa, Mumbai. Very good. Very very.
Później wysiadamy, płacimy umówioną cenę, pytamy się czy ok.
- Very good. If you are happy, I’m happy. Very nice.
Dotarlismy do biura. Tam nam powiedzieli, ze biletow na ten dzien do Agry już nie ma, ale oni załatwią nam autobus. Wypytaliśmy się o różne połączenia między miastami do których chcemy pojechać. I jak usłyszeliśmy cenę to podziękowaliśmy bardzo i wyszliśmy. Pojechaliśmy z powrotem na stację. Weszliśmy innym wejściem. Znaleźliśmy kasy dla obcokrajowców i bez problemu kupiliśmy bilety J No, tamten facet to po prostu zwykły naganiacz był a my się daliśmy nabrać.
Dużo słyszy się o pociągach w Indiach. Że są brudne, niewygodne i w ogóle nie takie jakie powinny być. Szliśmy tak z dość negatywnym nastawieniem. A tam tak. Na każdym wagonie lista osób, kto gdzie ma miejsce. Jechaliśmy sleeperem drugą klasą, czyli taki niby gorszy pociąg a trzeba przyznać, że nie było źle. Nie ma przedziałów, jest sporo ludzi ale jakoś tego tłoku się nie odczuwa. Każdy ma swoje miejsce i siedzące a jak się rozłoży część to i leżące. Mamy tylko jedno zdjęcie z pociągu ale to chyba wystarczy. Jest na nim dwóch Hindusów, którzy właśnie jedzą swój posiłek. Ryż z jakimiś sosami. Musiałam zrobić zdjęcie, bo ryż przynieśli sobie w liściu bananowca! Super! Do Agry trafiliśmy o godzinę za późno. Tutaj nikt się nie przejmuje tym czy coś się spóźnia czy nie. Czas sobie leci i już…
W Agrze spotkaliśmy kilka osób z konferencji. Dziewczynę z Polski, z Kenii i trzy osoby z Australii. Byli w hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Usiedliśmy na dachu (tam zwykle w takich miasteczkach są restauracje) i spędziliśmy miło czas. Następnego dnia wstaliśmy o 5.30 rano (!) i poszliśmy obejrzeć Taj Mahal o wschodzie słońca. Musieliśmy zapłacić 700 rupii. Zdzierstwo! (Dla porównania za nocleg w hotelu dla dwóch osób płacimy jakieś 350-400 rupii, hmmm, no dobra, takim kiepskim i najtańszym, no ale zawsze to hotel) No i do tego taka cena jest tylko dla obcokrajowców, bo dla ludzi z Indii cena wynosi 20 Rs. Masakra. Ale warto było. Co jak co, ale będąc w Indiach i nie zobaczyć Taj Mahal to grzech przecież. Cudownie. Zdjęcia oczywiście za chwilę wrzucę. Usiedliśmy jeszcze później na tym samym dachu co wieczór wcześniej i jedząc śniadanko patrzyliśmy w dal na piękny Taj Mahal.
Bilet, który kupiliśmy wchodząc do Taj Mahal miał być biletem też do innych kilku miejsc. Niestety okazało się, że jest tylko biletem zniżkowym i że dzięki niemu możemy po prostu kupić taniej bilety gdzie indziej. Stwierdziliśmy, że wystarczy nam to co zobaczyliśmy i tylko się rozejrzeliśmy.
W tym momencie siedzimy już w Jaipurze. Jutro go zwiedzimy i tym samym zaliczymi tzw. Złoty Trójkąt (Delhi-Agra-Jaipur). Dzisiaj zdążyliśmy przejechać tylko przez to miasto ale na razie wydaje się być najbardziej czystym i przyjemnym miejscem z tych, które zwiedziliśmy. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze jutro opisać to co zobaczymy i podzielić się naszymi wrażeniami. Tymczasem życzymy wszystkim dobranoc, bo u nas to już prawie pierwsza jest J
Buziaki
J.ustka i Maciek