I tak po 27 godzinnej podrozy pociagiem, 5-godzinnej przerwie w srodku nocy w poczekalni ze szczurkami, znowu czterogodzinnej jazdy pociagiem w ogromnym scisku i jeszcze na koniec 7-godzinnej jezdzie autobusem dosc nieprzyjemnym dotarlismy do Dharamsali :) no dobra, nie bylo tak zle. Przed tym ostatnim autobusem bylismy w Chandigarth u kolezanki od rana do wieczora. Musze przyznac, ze to byla bardzo przyjemna przerwa. Harveen zabrala nas do Skalnego Ogrodu i nad jeziorko. Do tego zjedlismy przepyszny obiadek u niej w domku razem z cala rodzinka. Zwazajac na to, ze to rodzinka Sikhow to bylo to niezwykle przezycie.
No i Dharamsala. Zimno tu jak cholera, nawet grad padal. Zlapal nas jak poszlismy w gory, daleko nie zaszlismy... wzielismy riksze, zeby szybciej byc w domku. A ona wycieraczek nie miala :D my to mamy szczescie. Kierowca co chwile wysiadal i czyscil szybe :D
I wiecie co? Najwiekszy szok kulturowy przezylismy wlasnie w tych dwoch miejscach... a czemu? Bo tu jest spokojnie. NIe gapi sie na nas tysiace oczu, nie zaczepia nas nikt na kazdym kroku. Po prostu jest spokojnie... i tak pieknie :)
No i jeszcze cos sie wydarzylo :)
Koncze, bo malo czasu mam niestety. Wszystko opowiemy po powrocie. Wracamy w czwartek o 18, czyli juz niedlugo. Nie moge uwiezyc, ze tak szybko ten czas minal.
Buziaki i znikamy :*
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment