W planach mieliśmy pojechanie do Jaipuru. Hmmm, niestety nie wypaliło... musieliśmy pojechać do Delhi, ponieważ Mo zabrała Maćka laptopa zostawiajac nam swojego. No coz, zdarza sie. Jak trzeba to trzeba. Wsiedlismy razem z Ankitem na dach ciezarowki i popedzilismy w strone najblizszej wioski, tam zlapalismy autobus do Delhi. Troche sie glupio czulismy, bo jako biali (i to do tego blondyni) wzbudzamy tutaj niemala sensacje :)
W Delhi bylismy dosc pozno, dlatego zdazylismy tylko cos zjesc, zamienic laptopy i pojechac do hotelu. "New City Palace" - ladna nazwa... hmmm... niemajaca nic wspolnego z palacem. Ale nieszkodzi, bo widok z okna byl cudowny - Meczet Jama Masjid.
Nastepnego dnia umowlisimy sie z Caro (dziewczyna z Niemiec), Betty (z Kenii) i Luisa (z Wielkiej Brytanii) na wspolne zwiedzanie. Pojechalismy do nich moto riksza. I tu nasza pierwsza wpadka :) trafilismy na rikszarza strasznie nachalnego i do tego nas skasowal tak ze trzy-cztery razy wiecej niz powinien... bylo minelo, teraz przynajmniej wiemy jak mamy sie targowac, zeby trafic tam gdzie chcemy za niewielkie pieniadze.
Zwiedzilismy tez Red Fort - ogromna cytadele okrazona czerwonym, wysokim murem i gleboka na 10 metrow fosa. Fort zawiera zarowno po-brytyjskie koszary jak i szereg krolewskich palacy. Mielismy niezly ubaw, bo Hindusi chcieli nam zrobic zdjecie a Maciek za kazdym razem robil zeza. Mielismy nawet wielbicieli, ktorzy chodzili za nami cala godzine az w koncu zrobilismy sobie z nimi zdjecie i sobie poszli :)
Druga wpadka (i jak do tej pory ostatnia) – pojechaliśmy na stacje kupić sobie bilety na pociągi do Agry, Jaipuru i Bombaju. Idziemy a tam nas jakiś facet przed wejściem zatrzymuje i mówi, że bez biletu nie możemy wejść… no ale jak to? No tak to, że najpierw trzeba pojechać do biura, tam sobie zarezerwować. Tam nie ma kolejek, bo to tylko dla obcokrajowców i takie tam. Po drodze rozmawialiśmy z rikszarzem. Rozmowa jak każda inna:
- Which country?
- Poland.
- Aaaa Holland. Beautiful country!
- No! Poland!
- Poland? Very good (co brzmi: weri gut). What are you doing in India?
- Working in Jaipur with little children. (generalnie lepiej jest mówić, że coś się robi w Indiach)
- Working? Very good. Jaipur. Very nice. Where are you going now?
- Agra.
- Aaaa Agra. Very very nice Taj Mahal. Very good you go to Agra. And later?
- Mumbai.
- Aaaa, Mumbai. Very good. Very very.
Później wysiadamy, płacimy umówioną cenę, pytamy się czy ok.
- Very good. If you are happy, I’m happy. Very nice.
Dotarlismy do biura. Tam nam powiedzieli, ze biletow na ten dzien do Agry już nie ma, ale oni załatwią nam autobus. Wypytaliśmy się o różne połączenia między miastami do których chcemy pojechać. I jak usłyszeliśmy cenę to podziękowaliśmy bardzo i wyszliśmy. Pojechaliśmy z powrotem na stację. Weszliśmy innym wejściem. Znaleźliśmy kasy dla obcokrajowców i bez problemu kupiliśmy bilety J No, tamten facet to po prostu zwykły naganiacz był a my się daliśmy nabrać.
Dużo słyszy się o pociągach w Indiach. Że są brudne, niewygodne i w ogóle nie takie jakie powinny być. Szliśmy tak z dość negatywnym nastawieniem. A tam tak. Na każdym wagonie lista osób, kto gdzie ma miejsce. Jechaliśmy sleeperem drugą klasą, czyli taki niby gorszy pociąg a trzeba przyznać, że nie było źle. Nie ma przedziałów, jest sporo ludzi ale jakoś tego tłoku się nie odczuwa. Każdy ma swoje miejsce i siedzące a jak się rozłoży część to i leżące. Mamy tylko jedno zdjęcie z pociągu ale to chyba wystarczy. Jest na nim dwóch Hindusów, którzy właśnie jedzą swój posiłek. Ryż z jakimiś sosami. Musiałam zrobić zdjęcie, bo ryż przynieśli sobie w liściu bananowca! Super! Do Agry trafiliśmy o godzinę za późno. Tutaj nikt się nie przejmuje tym czy coś się spóźnia czy nie. Czas sobie leci i już…
W Agrze spotkaliśmy kilka osób z konferencji. Dziewczynę z Polski, z Kenii i trzy osoby z Australii. Byli w hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Usiedliśmy na dachu (tam zwykle w takich miasteczkach są restauracje) i spędziliśmy miło czas. Następnego dnia wstaliśmy o 5.30 rano (!) i poszliśmy obejrzeć Taj Mahal o wschodzie słońca. Musieliśmy zapłacić 700 rupii. Zdzierstwo! (Dla porównania za nocleg w hotelu dla dwóch osób płacimy jakieś 350-400 rupii, hmmm, no dobra, takim kiepskim i najtańszym, no ale zawsze to hotel) No i do tego taka cena jest tylko dla obcokrajowców, bo dla ludzi z Indii cena wynosi 20 Rs. Masakra. Ale warto było. Co jak co, ale będąc w Indiach i nie zobaczyć Taj Mahal to grzech przecież. Cudownie. Zdjęcia oczywiście za chwilę wrzucę. Usiedliśmy jeszcze później na tym samym dachu co wieczór wcześniej i jedząc śniadanko patrzyliśmy w dal na piękny Taj Mahal.
Bilet, który kupiliśmy wchodząc do Taj Mahal miał być biletem też do innych kilku miejsc. Niestety okazało się, że jest tylko biletem zniżkowym i że dzięki niemu możemy po prostu kupić taniej bilety gdzie indziej. Stwierdziliśmy, że wystarczy nam to co zobaczyliśmy i tylko się rozejrzeliśmy.
W tym momencie siedzimy już w Jaipurze. Jutro go zwiedzimy i tym samym zaliczymi tzw. Złoty Trójkąt (Delhi-Agra-Jaipur). Dzisiaj zdążyliśmy przejechać tylko przez to miasto ale na razie wydaje się być najbardziej czystym i przyjemnym miejscem z tych, które zwiedziliśmy. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze jutro opisać to co zobaczymy i podzielić się naszymi wrażeniami. Tymczasem życzymy wszystkim dobranoc, bo u nas to już prawie pierwsza jest J
Buziaki
J.ustka i Maciek
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
0 comments:
Post a Comment